Najgorsze kwatery na jakie kiedykolwiek trafiłem

Z kwaterami, jak powszechnie wiadomo, różnie bywa. Nawet pięciogwiazdkowy hotel 100 metrów do morza nie gwarantuje sukcesu. Okazuje się bowiem, że w danym kraju gwiazdki liczy się odwrotnie, a do odległości nie doliczono 300 metrów urwiska. A co dopiero, kiedy jeździ się po Europie Środkowej i Wschodniej i to najczęściej bez zarezerwowanego wcześniej lokum. Wtedy zabawa polega między innymi na tym, żeby na miejscu znaleźć sobie coś fajnego i za niewielką cenę. Czy się udaje? Otóż nie zawsze. Oto krótki, subiektywny przegląd najgorszych kwater na jakie zdarzyło nam się trafić na przestrzeni od Czech po Krym i od Łotwy po Bałkany.

1. „Hotel” w Bakczysaraju

Co tu dużo gadać, to była kompletna wtopa. Ja nigdy wcześniej na Krymie na byłem, moja małżonka owszem, ale jakieś dziesięć lat wcześniej. Moja pamięć o innych regionach Ukrainy była tak samo wiekowa. Krótko mówiąc, nie mieliśmy pojęcia, czego możemy się spodziewać. A kwatery na Krymie zazwyczaj są porządne i czyste, przynajmniej sporo takich można znaleźć. Niemniej w Bakczysaraju tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Tak trafiliśmy do tego miejsca z zarwanymi łóżkami, deską klozetową na ścianie obok kibla i atlasem grzybów krymskich pod prysznicem. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniała ta „szubienica”.

Najgorszy hotel w Bakczysaraju

Akademik w Wilnie na ulicy Latako

Trafiliśmy tu wiedzeni presją znalezienia kwatery w trybie pilnym. Na kłopoty ze zdrowiem nałożyły się problemy z dotychczasowym lokum. Nie było więc szukania i wybrzydzania. Braliśmy co się dało w ramach studenckiego niemal budżetu. Pan na recepcji z grobową miną do niczego nie zachęcał. Obśrupane ściany pokoju również. Ale cieszyliśmy się, że mamy gdzie przycupnąć, więc w danym momencie na kwaterę nie mieliśmy prawa narzekać. Z perspektywy czasu stwierdzam jednak, że to jedno z najgorszych miejsc, w którym kiedykolwiek się zatrzymałem. No i prysznice były… integracyjne. Czyli bez żadnych zasłon czy innych zbędnych utensyliów gwarantujących elementarną choćby intymność.

Wilno_akademik

Worochta – ukraińskie Karpaty

Na którymś tam roku studiów zachciało nam się zdobyć Howerlę. Nic to, że o chodzeniu po górach nie mieliśmy pojęcia i byliśmy do tego kompletnie nieprzygotowani. Do dzisiaj zresztą ów wypad muszę uznać za mój pierwszy i ostatni raz w górach. Żeby wdrapać się na szczyt trzeba było najpierw dostać się gdzieś w pobliże i tam przenocować. Nasz wybór padł na Worochtę. A wybór kwatery, zupełnie zresztą przypadkowy, na pewien domek z ogródkiem. Pokój był tak mały, że ledwo mieściły się tam łóżka, okno rozmiarów co najwyżej mikroskopijnych. Funkcję toalety pełnił oczywiście wychodek. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że rzecz działa się dobre 10 kat temu, a studenckie wakacje rządzą się własnymi prawami. Dlatego niczym nie zrażeni zasiedliśmy z naszą gospodynią do butelki samogonu. Czyli nie mogło być tak źle.

Akademik w Poniewieżu (Litwa)

Teraz słów kilka o kwaterze, w której… nie nocowaliśmy. Ale po kolei. Do dzisiaj nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, po jakie licho pojechaliśmy do Poniewieża. Chyba było po prostu jakoś po drodze. Dlaczego upatrzyliśmy sobie na nocleg akademik na samym końcu miasta również nie wiem. Ale powód dla którego podstarzała recepcjonistka przez 15 minut szukała naszych nazwisk w jakimś tajemniczym kajecie, w którym nie miały prawa się znaleźć, choćby ze względu na fakt że ani razu ich nie podawaliśmy, to już zupełna tajemnica. Przeszukanie kajetu skończyło się niepowodzeniem, podobnie jak nasz nocleg w tym zacnym przybytku. Zamiast tego wylądowaliśmy w pensjonacie o jakże litewskiej nazwie Kazuko Kamara.

Midland Youth Hostel 2 – Bukareszt

Niby hostel jakich wiele. Niezbyt czysty, choć z miłą i pomocną obsługą. To co go wyróżnia, to zagospodarowane dodatkowe piętro, gdzie jeden z pokoi graniczy z normalnymi mieszkaniami. Czyli niby jesteśmy w hostelu, ale naszymi bezpośrednimi sąsiadami są mieszkańcy kamienicy. I tu zaczyna się zabawa. Jedna z sąsiadek bowiem ma przedziwny zwyczaj wydzierania twarzy na hostelowych gości zupełnie bez powodu. Oczywiście po rumuńsku, skutkiem czego dość trudno było stwierdzić, w czym właściwie tkwi jej problem. Trochę to śmieszne, trochę irytujące, ale na pewno zapada w pamięć.

Szukanie kwatery spontanicznie i na miejscu, w które się trafiło, ma swoje zalety. Można je potraktować jak fajną zabawę, a ewentualne wpadki z przymrużeniem oka. Jeśli jednak z jakiś powodów nie chcemy ryzykować (dziecko na tylnym siedzeniu, ryzyko straty dużej ilości czasu lub takie, że kwatery nie znajdzie się w ogóle), warto zdać się na opinie innych i zajrzeć choćby na zoover.pl.

  • Bardzo fajny wpis 🙂 Ogólnie pierwszy raz jestem na Twoim blogu ale już dodałem sobie go do zakładki „Ulubione” i będę często Tutaj zaglądał 🙂
    Pozdrawiam 🙂

    • nawschod

      Dzięki 🙂

  • Nie no, nie jest jeszcze tak źle jak w polskich akademikach 😀