Wilno (Vilnius)

Podróż autobusem do Wilna wypełniliśmy głównie spaniem (ten dzień, podobnie jak i poprzedni, zaczął się dla nas bardzo wcześnie). Nie ma co ukrywać, że oczekiwaliśmy pobytu w Wilnie z utęsknieniem. Mniej z powodu samego miasta, którego przecież jeszcze nie znaliśmy. Mieliśmy tam jednak spędzić kilka dni, co po półtorej doby prawie bezustannej podróży, traktowaliśmy jako przyjemną i zasłużoną odmianę.

Niejako przy okazji zapoznaliśmy się ze specyficznym rodzajem obywatela litewskiego, popularnym szczególnie w międzymiastowych liniach autobusowych (gwoli ścisłości należy dodać, że ludzi tego rodzaju jest sporo również w Polsce). Chodzi o starszych przeważnie osobników, niezbyt schludnie odzianych i (co tu owijać w bawełnę) śmierdzących. Kilka dni później dorobili się w naszym osobistym słowniku miana „grzybiarzy”, ponieważ bardzo często, poza mocno nieprzyjemnym zapachem, ich podstawowym atrybutem było wiadro wypełnione grzybami.

Na szczęście Łoździeje od Wilna dzieli jedynie około 100 km (w lini prostej), więc po niedługim czasie na horyzoncie zamajaczyła sylwetka stolicy Litwy. To, co udało się zobaczyć z okna autobusu nie było szczególnie ciekawe. Naszą uwagę zwróciła grupa nędznych drewnianych domków, zaniedbanych i brudnych, która niesamowicie kontrastowała z tym, co w Wilnie mieliśmy zobaczyć później.

Z niewielkimi wyjątkami zdarzeń mocniej umocowanych w czasie, nasz pobyt w Wilnie zlał się w mojej pamięci w jeden długi, fantastyczny dzień. Nie ma chyba potrzeby stopniować napięcia i zwlekać dłużej z tą deklaracją. Zakochaliśmy się w tym mieście. W jego wąskich, krętych uliczkach, w pomniku anioła na ulicy Zarzecznej, która prowadziła do naszego akademika, w kawiarniach gdzie popijaliśmy latte, w chaotycznej nieco architekturze a przede wszystkim w szczególnym i niepowtarzalnym duchu Wilna, na który składają się wszystkie te i cała masa innych elementów.

Jednym z tych momentów, który (ze względów oczywistych) mogę z łatwością osadzić w czasie były nasze pierwsze chwile w mieście. Kupiona na dworcu mapa nie okazała wystarczająco pomocna, skutkiem czego pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy, było zgubienie drogi. Spacerowaliśmy jakiś czas nowszą częścią Wilna wzdłuż jednej z większych ulic, w zasięgu wzroku nie znajdując nic ciekawego. Jest to zresztą krajobraz typowy dla tego rodzaju okolic w każdym dużym mieście. Po kilkunastu minutach udało nam się wrócić na wcześniej wyznaczony szlak, zaczęliśmy zbliżać się do Starego Miasta. Zabrzmiałoby to dość banalnie, gdyby stwierdzić, że Wilno od razu nas urzekło. Z pewnością zainteresowało nas na tyle, że zaraz po rozgoszczeniu się w kwaterze, udaliśmy się przyjrzeć mu się dokładniej. Gwoli ścisłości należy również dodać, że dodatkowym czynnikiem napędzającym nasze pospieszne działania był głód. Niedługo później siedzieliśmy w miłej (choć niezbyt taniej, mimo kilkudziesięciu minut poszukiwań) knajpce, zajadając późny (ale za to wyjątkowo obfity) obiad i popijając litewskie piwo.

Nasz pierwszy akademik (mieszkaliśmy w dwóch w ciągu czterech dni) mieścił się na Zarzeczu. Dzielnica położona jest na wschód od Starego Miasta w zakolu rzeki Wilenki (Vilnia), która od tej właśnie strony otacza najstarszą część Wilna uchodząc na północy do dużo większej Wilii (Neris). Przez rzekę prowadzą dwa mosty (czy też właściwie mostki), z których na zmianę korzystaliśmy wybierając się do miasta albo z niego wracając. Wejście w głąb dzielnicy wiązało się ze wspinaczką (choć to pewnie zbyt mocne słowo) ulicą Zarzeczną (Uzupio) w górę niewielkiego wzniesienia. Nie sposób przy tej okazji nie minąć niewielkiego placyku z charakterystycznym pomnikiem anioła, który przez to wyjątkowo mocno zapadł nam w pamięć. Po drugiej stronie Wilenki z kolei (niezależnie od tego, którym mostem się ją przekraczało) zawsze natykaliśmy się na Cerkiew Przeczystej Bogurodzicy. Wielką, białą świątynię, która zdawała się nie mieścić na niewielkim skwerze, gdzie ją wybudowano. W swojej wschodniej części Zarzecze (mimo, że znajduje się tuż obok starego Wilna) przybiera wygląd małomiasteczkowy lub nawet wiejski.

Dwa dni później przenieśliśmy się do innego akademika, jeszcze bliżej miasta (czy też właściwie na samym Starym Mieście) na ulicę Latako (Łotoczek). Stąd mieliśmy już dosłownie dwa kroki na Pilies (Zamkowa), która wraz z ulicami: Ostrobramską (Ausros Vartu), prowadzącą do Ostrej Bramy (Ausros vartai), i Dużą (Didzioji), tworzy główną oś starego Wilna. Tam znajduje się najwięcej kawiarni (w litewskim „kavina”, słowo które wyjątkowo nam się spodobało, stając się w naszym słowniku synonimem tak kawy jak i kawiarni), sklepów z pamiątkami i bursztynem, straganów, a w bezpośrednim sąsiedztwie zabytkowych budowli i kościołów. Jedna z „kavinek” znajdowała się na końcu ulicy Latako, dosłownie dwa kroki od drzwi akademika, stanowiąc tym samym doskonały punkt wypadowy do wędrówek po mieście. Zamykając temat wileńskich tanich kwater należałoby jedynie dodać, że tak pierwszy jak i drugi akademik, w którym się zatrzymaliśmy, mógł się poszczycić co najwyżej mocno średnim standardem.

Pilies w kierunku północnym prowadzi do sporych rozmiarów placu, na którym stoi najstarszy chyba zabytek Wilna – Katedra. Początki tego miejsca sięgają jeszcze czasów pogańskich, które na terenie Litwy, w porównaniu z sąsiednimi państwami trwały stosunkowo długo. W miejscu dzisiejszej Katedry miała kiedyś stać katolicka, drewniana świątynia, wzniesiona na cześć chrztu jedynego w historii króla Litwy, Mendoga. Później w tym samym miejscu stała świątynia pogańska, by znów ustąpić miejsca katedrze chrześcijańskiej. Obecna budowla nosi znamiona wielu stylów architektonicznych i różnych etapów rozwoju miasta. Obok katedry stoi pomnik innego wielkiego średniowiecznego władcy Litwy – Giedymina. Zresztą spacerując po tej części miasta można odnieść wrażenie, że wszystko tu jest Giedymina: pomnik, góra (o której później), największa i najdłuższa ulica. Z pewnością nie tylko mieszkańcy Wilna, ale wszyscy Litwini, odnoszą się do tej postaci ze sporą estymą.

Nieco dalej w kierunku północno-wschodnim znajduje się wzgórze (co nie jest zresztą niczym wyjątkowym, miasto położone jest na pagórkowatym terenie), na którego szczycie już w XIV wieku wzniesiono zamek obronny. Można się tam dostać piechotą lub też korzystając z wygodnej kolejki. Kamienne mury starych twierdzy od zawsze budziły moje zainteresowanie i poruszały wyobraźnie. Tym większe jeśli w środku znajduje się olbrzymia makieta średniowiecznego Wilna, z zaznaczonymi murami obronnymi, basztami i innymi budowlami. Ze szczytu wieży, w której mieści się niewielkie muzeum, podziwiać można dachy kościołów i kamienic Starego Miasta.

W Wilnie aż roi się od starych świątyń, zaułków, urokliwych uliczek i innych ciekawych miejsc. Z miastem związane było (w wielu przypadkach wciąż jest) życie wielu znanych ludzi, żeby wspomnieć tylko poetów: Mickiewicza i Miłosza. Pomnik tego pierwszego stoi na placu przy zakolu Wilenki, za tło mając połączone niemal w jedno kościoły: Bernardynów i św. Anny. Drugi jeszcze nie doczekał się żadnego monumentu, ale to zapewne tylko kwestia czasu.

Mając świadomość niedoskonałości mojego opisu i bezradności w próbie uchwycenia tego, czym jest Wilno i jakie wrażenie może wywierać, oddaję głos znawcy tematu, Tomasowi Venclovie*: „Kopuły, fasady, pionowe dzwonnice unoszące się nad zaułkami pochodzą w większości z XVII wieku. Architektura tego okresu wymagała nowoczesnego układu, lubowano się w panoramach i perspektywach, z dużej odległości pozwalających dostrzec wymyślne kształty kościołów i placów. W Wilnie tego nie ma, jako że zachowała się tu średniowieczna sieć ulic, które są raczej wąskie, a ich układ – chaotyczny i zamknięty. (…) Jeśli ulica jest mniej więcej prosta, zazwyczaj prowadzi w górę, jeśli przebiega na tej samej płaszczyźnie, jest krzywa: stojąc na jednym jej końcu nie można zobaczyć drugiego. (…) Perspektywę wyznaczają uskoki i skróty; bez problemu przechodzi się z jednego dziwnie zaplanowanego podwórka na inne, czasami ma się wrażenie, że można przemierzyć całe miasto, omijając jego ulice. Czasem migną za rogiem fragmenty ogromnych, masywnych kościołów, jednakże ażeby zobaczyć całość budowli, nieraz trzeba zadrzeć głowę w górę albo wejść na wzgórze gdzieś poza granicami Starego Miasta. Nie warto się spieszyć, najlepiej błąkać się bez celu…” Tak też czyniliśmy…

*Tomas Venclova – „Opisać Wilno”

Zdjęcia z Wilna, jak i z innych miejsc, które odwiedziliśmy na Litwie, możesz znaleźć w fotorelacji z Litwy.

  • Właśnie wróciłam z Wilna, też zauroczona tym miastem niesamowicie. Zamieszczony cytat Tomasa Venclovy naprawdę trafny – lepiej chyba klimatu Wilna opisać nie można.

    • nawschod

      Sam bym chętnie wrócił… Trzeba będzie coś zorganizować w przyszłym roku… 🙂