Rumuńskie wspomnienia – Brasov

Ponieważ nasza podróż po Rumunii przebiegała początkowo dokładnie według planu, bardzo szybko przenieśliśmy się do Brasova. Zostawiliśmy za sobą budzący sprzeczne uczucia Bukareszt, aby znaleźć się w miejscu, które reklamowane jest jako jedno z najładniejszych rumuńskich miast. I przyznać trzeba, że taka reklama jest jak najbardziej na miejscu.

Brasov oddalony jest od Bukaresztu o nieco ponad 150 km, którą to odległość przebyliśmy minibusem. Droga przecina łuk Karpat ciągnąc się stromymi i dość groźnie wyglądającymi serpentynami. Przekroczenie górskiego łańcucha oznacza w tym przypadku wkroczenie na teren Siedmiogrodu, którego Brasov jest jednym z głównych ośrodków miejskich. Samo miasto położone jest w dolinie, co nie tylko mocno dodaje mu uroku, ale również (jak mniemam) w dużej mierze uchroniło je przed zapędami komunistycznych planistów. Starówka wypełnia bowiem naturalne zagłębienie na tyle szczelnie, że dobudowywanie czegokolwiek praktycznie nie wchodziło w grę. Nie zmienia to oczywiście faktu, że nowa część Brasova stworzona została według najlepszych rumuńskich, komunistycznych standardów, co oznacza, że jest po prostu brzydka.

Zaraz po „wylądowaniu” w Brasovie zostaliśmy zaczepieni przez kobietę oferującą kwatery. Zdecydowaliśmy się na pokój z łazienką i kuchnią w cenie 120 lei za dobę. Decyzja była tym łatwiejsza, że punkt informacji turystycznej na dworcu okazał się… kioskiem z gazetami. Kwatera położona była w starej części miasta, poza obrębem dawnych murów miejskich, czyli w miejscu gdzie dawniej nie pozwalano osiedlać się Rumunom (w obrębie murów zamieszkiwali Sasi). Okolica była bardzo malownicza, wąskie uliczki i małe domki tworzyły wakacyjny klimat a do Starówki można było dojść w 15 minut.

Brasov jest miastem wyjątkowo ładnym, co rzuca się w oczy zwłaszcza, jeśli właśnie opuściło się Bukareszt. Spore wrażenie robi Stary Rynek, otoczony urokliwymi kamienicami, pełen piwnych ogródków, kawiarni i restauracji. Również otaczające go ulice prezentują się bardzo przyjemnie, zachęcając do krążenia wokół i odkrywania coraz to nowych miejsc. To samo można zresztą powiedzieć o innych flagowych zabytkach Brasova. Nam przypadła do gustu zarówno ciemna bryła słynnego Czarnego Kościoła jak i delikatna sylwetka kościoła św. Mikołaja. Niewątpliwą atrakcją miasta jest również kolejka, którą można się dostać do punktu widokowego na pobliskim wzgórzu. Umieszczony w pobliżu wielkiego napisu „Brasov” (podobnego do znanych wszystkim liter „Hollywood”) taras pozwala podziwiać panoramę miasta i otaczających je wzgórz.

Z pełną świadomością, że dołączam się do sporego tłumu, polecam Brasov, jako miejsce które koniecznie trzeba odwiedzić, będąc w Rumunii. Dla tych natomiast, dla których jest to niewystarczająca rekomendacja, załączam kilka zdjęć tego sympatycznego miasta.

  • blondi

    Bardzo ciekawy blog i super relacja z wyprawy do Rumunii. Dziękuję i czekam na jeszcze. Może coś o miejscowej kuchni, bo dość mało jest znana… W zeszłym roku litewska mnie zachwyciła, ciekawa jestem jak będzie z rumuńską 😉
    Najbardziej mnie cieszy jednak, że Rumuni są pozytywnie do nas nastawieni, bo przyznam, że trochę obawiałam się tej egzotycznej, jak dla mnie, podróży. Szczególnie, że trasa przed nami bardzo długa, a samochody bywają zawodne… Ale za to więcej można zobaczyć, coś za coś 😉 W każdym razie już nie mogę się doczekać.
    Pozdrawiam

    • admin

      Dzięki. 🙂
      Właściwie noszę się z zamiarem żeby coś skrobnąć o miejscowej kuchni właśnie. Myślę, że w najbliższym czasie na Na Wschód pojawi się Rumunii odsłona kulinarna.
      Pozdrawiam!

  • blondi

    To super, mam nadzieję, że jeszcze przed moim wyjazdem 😉
    Uwielbiam próbować regionalnych kuchni, a dobrze jest wiedzieć co jest co. Szczególnie, że na zrozumienie i wyjaśnienie w knajpach raczej nie ma co liczyć. Już na Litwie było dość egzotycznie, ale tam szło się dogadać, Litwini całkiem nieźle znają polski, a po angielsku też trochę gadają, więc było łatwo. Obawiam się, że w Rumunii, tak łatwo nie będzie 😉

  • admin

    Jeśli chodzi o porozumiewanie się, to nie jest chyba tak źle. Większość młodych Rumunów zna angielski. Choć rzeczywiście menu w restauracjach i knajpach często jest tylko rumuńsku, co sprawia że zamawianie odbywa się niejednokrotnie na „chybił trafił”. No ale cóż, takie to już uroki podróżowania. 🙂

    P.S. A odnośnie litewskiej kuchni, uważam wkładanie żółtego sera do naleśników za bardzo smaczny pomysł. 🙂