Poniewież (Panevezys)

Teraz będzie kilka słów o chyba najmniej ciekawej części naszej podróży. Niemniej pouczającej, więc nie mogę napisać, że czegoś żałujemy. Zresztą byliśmy w takich nastrojach, że musiałoby się zdarzyć coś naprawdę niefajnego, żeby nam je popsuć. A poza tym, ten etap został skutecznie wynagrodzony przez kolejne kilka dni, które bez wahania mogę zaliczyć do jednych z bardziej przyjemnych, jakie spędziliśmy na Litwie.

Ale po kolei. Następnego dnia rano okazało się, że mimo wcześniejszych planów, nie możemy jeszcze jednego dnia zabawić w Paluse. Wioskę czekał bowiem najazd nieletnich kolonistów i dla nas w ośrodku nie starczyło już miejsca. Przyjęliśmy to zrządzenie losu ze stoickim spokojem (mimo, że okoliczne lasy i jeziora mocno nas kusiły) i już półtorej godziny później byliśmy na dworcu w Ignalinie oczekując na autobus do Poniewieża. Miejscowość ta miała być przystankiem w drodze nad morze, którą trudno byłoby przemierzyć jednego dnia. Poniewież jest dość miastem dość dużym jak na litewskie warunki, ma około 120 tys. mieszkańców. Dlatego, mimo że nie jest ośrodkiem turystycznym, nie spodziewaliśmy się tam większych problemów ze znalezieniem kwatery. Aby jednak po raz kolejny nie wybiegać zbyt do przodu, wrócę na chwilę do Ignaliny.

A w pewnym szczególnym sensie jest do czego wracać. Ponieważ do odjazdu autobusu mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy zaopatrzyć się w coś do jedzenia na czekającą nas podróż. Przy tej okazji Alę ugryzła zaczajona w drożdżówkach osa, co okazało się dość bolesne i nieco popsuło nam humory. Ale tylko nieco. Potem załadowaliśmy się do autobusu zajmując odosobnione, tylne siedzenia, co okazało się posunięciem ze strategiczno-estetycznego punktu widzenia bardzo szczęśliwym. Pojazd, mimo że wybierał się w całkiem długą trasę, wyglądał na zwykły miejski autobus, troszkę jedynie przerobiony na tę okoliczność. Z naszych obserwacji (nie spełniających oczywiście kryteriów próby istotnej statystycznie) wynika, że na odcinku Ignalina – Poniewież występuje najwyższa na całej Litwie liczba grzybiarzy w przeliczeniu na metr kubiczny autobusu międzymiastowego. Ta wartość z kolei jest silnie skorelowana ze stężeniem niekoniecznie przyjemnego zapachu (zwanego również odrażającym smrodem) w tymże. To sprawiało, że siedząc w sporym oddaleniu od reszty podróżnych, krzywiliśmy się z niesmakiem, dziękując jednocześnie opatrzności za te kilka metrów powietrza, które nas dzieliło.

Do Poniewieża dotarliśmy późnym popołudniem, słońce wisiało wysoko na niebie i było dość ciepło. Z dworca autobusowego ruszyliśmy piechotą do miejscowej bursy, gdzie rzekomo mogliśmy wynająć pokój (tak bynajmniej informował przewodnik). Spacer okazał się dość męczący, bo odległość była spora, a plecaki z każdym krokiem wydawały się być cięższe. Jak już wspomniałem miasto nie jest szczególnie atrakcyjne turystycznie, toteż nic ciekawego po drodze nie udało nam się zobaczyć. Ot, typowa, średniej wielkości (w odniesieniu do polskich realiów) miejscowość, jakich również w naszym kraju jest sporo. W końcu udało nam się jednak dodreptać do bursy, gdzie z nadzieją na zrzucenie z siebie plecaków, prysznic i chwilę komfortu, udaliśmy się do recepcji. Tam natknęliśmy się na specyficznego Cerbera (w postaci starszej kobieciny o słusznych gabarytach), który w przeciwieństwie do tego mitycznego, gości do środka nie wpuszczał. Kontakt po polsku i angielsku był oczywiście niemożliwy a ogólnie zrozumiałych znaków języka migowego pani zdawała się nie przyswajać. Po jakimś czasie (chyba tylko dla zabicia sumienia i pokazania nam, że jednak coś robi) zaczęła szperać w swoich kajetach. Zajęcie było o tyle bezsensowne, że nie znała przecież naszych nazwisk, a nawet gdyby zechciała o nie spytać, nie było szans abyśmy figurowali na liście gości w kolumnie „VIP”. Wizyta w bursie okazała się zupełnie bezproduktywna, a my wylądowaliśmy na obrzeżach miasta (które coraz mniej nam się podobało) bez kwatery, z zachodzącym powoli za plecami słońcem i ustami pełnymi niewybrednych epitetów pod adresem pani portierki.

Opisuję i nadal będę opisywał nasze poszukiwania miejsca do spania dość szczegółowo, ponieważ w gruncie rzeczy poza tym w Poniewieżu nic więcej się nie zdarzyło. Ponadto był to chyba jedyny podczas naszej (z pełną świadomością pod tym kątem niedoplanowanej) podróży moment, kiedy poważnie rozważaliśmy możliwość spędzenia nocy na dworcu w oczekiwaniu na jakiś transport. Tak na szczęście się nie stało. W pobliżu bursy znajdowało się centrum handlowe, gdzie udaliśmy się w celach fizjologicznych, coby przynajmniej jedną rzecz porządnie załatwić. Tam natknęliśmy się na kafejkę internetową, postanowiliśmy więc skorzystać z dobrodziejstw globalnej sieci w poszukiwaniu taniej kwatery. Nie odbyło się to bez problemów, bo nikt z obsługi nie mówił po angielsku, ale udało się. Po jakimś czasie wędrowaliśmy z powrotem w kierunku miasta z adresami kilku kwater w kieszeni.

Jedna z nich mieściła się przy ulicy, którą szliśmy i nazywała się dość specyficznie jak na litewskie warunki, Kazuko Kamara. Kiedy weszliśmy do środka, zobaczyliśmy zwykły osiedlowy bar, ze wszystkimi nieodłącznymi jego elementami, w tym grupką żuli. Jeśli do tej pory mieliśmy kłopoty językowe, to trudno nawet znaleźć określenie dla tego, przez co musieliśmy przejść w tym przybytku. W końcu, używając polskiego, angielskiego oraz jednego słowa-klucza po rosyjsku i przy pomocy jednego z bywalców baru, udało nam się załatwić pokój na piętrze. Nie był może najtańszy, ale za to czysty, z łazienką i wygodnym łóżkiem. Ponieważ było już dość późno a miasto niczym nas nie zachwyciło, zrezygnowaliśmy z wyprawy na dworzec celem sprawdzenia pociągów i postanowiliśmy zostać na miejscu. Wzięliśmy tylko prysznic, zrobiliśmy szybkie zakupy i zeszliśmy na dół, zjeść coś i napić się piwka. Jak już wspomniałem, bar nie wyglądał szczególnie zachęcająco, uznaliśmy jednak, że klimat blokowisk jest częścią tutejszego folkloru i nie należy go unikać. Zamówiliśmy więc sobie czeboriaki (zwane przez nas, nie wiedzieć czemu, czyrakami), czyli coś na kształt wielkich pierogów, które są jednym z elementów tradycyjnej kuchni litewskiej. Na nieszczęście te, które kupiliśmy, zawierały mięso, (czego przez barierę językową nie udało nam się wcześniej dowiedzieć), dlatego Ala zmuszona była zamówić coś innego a ja zjadłem podwójną porcję. Koniec końców, po wnikliwej analizie menu, poprosiliśmy kelnerkę o coś, w czym na pewno nie było martwych zwierząt. Zawierało za to makaron, ketchup… i nic poza tym.

Na sam koniec spotkała nas jeszcze jedna „przygoda”. Otóż w środku nocy, jacyś rozochoceni i zapewne mocno podchmieleni goście „hotelu” próbowali dostać się do naszego pokoju. Na szczęście drzwi zamknięte były od środka.

  • Dziadek

    Tak to już bywa, że w miejscach, gdzie jednym nie jest zbyt przyjemnie (co Autor dość logicznie uzasadnił) – inni czują się jak ryba w wodzie.

    Moja podróż do Poniewieża miała charakter sentymentalny – w Poniewieżu i w okolicy jest dużo pamiątek po polskiej przeszłości tej krainy (Kościoły, cmentarze – ich starsze części), tam (w okolicy Upity – lit. Upyte) moi przodkowie (co dopiero przed kilku laty ustaliłem, a podczas pobytu potwierdziłem w kościele parafialnym – w pobliskiej Ramigole). Szczególnie polecam kościół pw. św. Piotra i Pawła w Poniewieżu (taki z dwoma wieżami, cały z czerwonej cegły) i jego otoczenie – są tam liczne nagrobki polskie.
    Przed 1920 rokiem niemal 100% miejscowości w rejonie Poniewieża nosiło polskie nazwy.

    Kolejną moją „przewagą” w stosunku do Autora jest to, iż zgodnie ze wskazówkami mojego dziadka: „język wroga trzeba znać” (a także z ówczesnego obowiązku szkolnego) znam języki rosyjski i niemiecki – komunikacja z mieszkańcami Litwy zupełnie poprawna.

    No i jeszcze to, że byłem tam z młodymi ludźmi (ich samochodem), którzy (z racji mojej obecności) skorzystali, a dla mnie była to okazja do fantastycznego wstępnego spenetrowania interesującej mnie okolicy.

    Swoją drogą, gdyby w Poniewieżu w okresie wakacyjnym (maj – październik) ktoś mówiący po polsku wykonywał usługę wożenia turystów z Polski (podróżujących jak Autor) po mieście i okolicy, zareklamowany na dworcach kolejowym i autobusowym oraz w informacji turystycznej (np. paliwo + 20% oraz 10 – 15 Lt za godzinę) byłoby super.

    Proponuję również przeczytać (z internetu) artykuł prof. Juliana Winnickiego pt. „Na Laudzie wśród Rodaków z Kowieńszczyzny).

    Czerebriaki – to taki fastfood bardzo popularny w poradzieckich państwach na wschodzie – moim zdaniem dużo lepszy od tych z Mc Danaldów. To fakt – zawiera mięso, ale smacznie przyprawione. Moim zdaniem jest super, szczególnie gdy temperatura trochę niższa (byłem we wrześniu/październiku). Natomiast chyba trudno toto nazwać elementem tradycyjnej kuchni litewskiej. Turysta taki jak Autor chyba rzeczywiście nie ma jakichkolwiek szans zapoznać się tradycyjną kuchnią litewską w Poniewieżu. A szkoda, bo to jest naprawdę wielka rzecz.

    Polecam zabierać na wyprawy w tamte rejony kogoś takiego jak ja (trochę zorientowanego w rejonie, zwyczajach, historii) lub przynajmniej dobrze się przygotować do wyjazdu – poszperać w internecie, poczytać relacje, artykuły – a nawet w takim rzeczywiście przemysłowym (a więc jakby nieciekawym) moze być interesująco.

  • grazyna

    Witam.Z okolic Poniewież a dokładnie z majątku Godzie(pewnie już ta miejscowość nie istnieje)pochodzą(o czym niedawno się dowiedziałam)pradziadkowie mojego męża-Adela z Warewiczów i Ludwik Ciemnołońscy.Niestety nie mam możliwości odwiedzenia tych stron
    ale może ktoś wie czy ta miejscowośc istnieje.Z tego co wiem pradziadkowie mieli 13 dzieci:Ludwika,Ryszarda,Wandę z męża Matuszewska,Marię z męża Siwicka,Wacława,Olgierda,Janinę z męża Lipnicka,Adelę,Eugienię z męża Sawrymowicz,Jadwigę,Celinę z męża Kopczyńska,Witold,Karol.Może potomkowie tej rodziny jeszcze tam gdzieś mieszkają?