Skalne miasto w Adršpachu

Granicę polsko-czeską przekraczamy, niemal jej nie zauważając. Kierujemy się na Trutnov, żeby tuż przed miastem skręcić w lewo. Pierwsze wrażenia: górskie drogi w Czechach są porządniejsze niż u nas, a przejazdy kolejowe lepiej oznakowane. W powietrzu unosi się świeży zapach gór i lasu. Gdzieniegdzie na łąkach, w równych rzędach leżą walcowate bele skoszonego siana. Droga nie jest szczególnie stroma i nasz mały bolid radzi sobie całkiem żwawo. Do czasu…

W pewnym momencie droga zmienia się w kręte i strome górskie zawijasy. Mały silniczek pracuje na najwyższych obrotach, ale udaje się… Dojeżdżamy do Adršpachu, gdzie planujemy spędzić pierwszy dzień i noc naszych czeskich wakacji. Plan na kolejny dzień jest już opracowany. Ale póki co, trzeba znaleźć jakiś dach nad głową i zwiedzić skalne miasto. W tej właśnie kolejności.

W Adršpachu co drugi dom to hotel, kwatera lub pensjonat. Początkowo próbujemy wygodnie wylądować gdzieś w pobliżu wejścia do skalnego miasta. Zadanie nie jest łatwe. Okazuje się, że większość kwater jest zajętych, w niektórych pukanie i dzwonienie do drzwi trafia w pustkę. Właściciel sporego hoteliku, którego niemal nie widziałem w promieniach zachodzącego nad jego głową słońca, traktuje nas dość obcesowo. Najpewniej nie lubi Polaków. Oddalamy się, również nie okazując oznak szczególnej sympatii.

W końcu znajdujemy czysty, miły pokoik. Jeśli mnie pamięć nie zwodzi, koszt to 700 koron. Właściciel, wieku nieokreślonego, wygląda na sympatycznego luzaka. Jesteśmy sami w tej części domu, więc kuchnia i łazienka do naszej pełnej dyspozycji. Do skalnego miasta mamy jakieś trzy-cztery kilometry, więc nici z piwka na miejscu. Trzeba wziąć samochód.

Na miejscu dwa parkingi. Przy wjeździe do jednego z nich duża tabliczka z napisem po polsku: „Przyjmujemy tylko czeskie korony. To nie kantor!!!” Oj, chyba nas tutaj nie lubią. Wokół zresztą pełno Polaków. Język polski słyszy się niemal częściej niż czeski. W końcu od granicy dzieli nas ledwie kilka kilometrów. Niby zagranica, ale jednak to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Nic to. Ruszamy na spacer wśród skał. Początkowo szlak biegnie płasko. Później trzeba się wspinać na strome schody, momentami przeciskać się wręcz między pionowymi skalnymi blokami. Temperatura lokalnie spada przynajmniej o kilka stopni. Z ust leci para, mimo że przed chwilą maszerowaliśmy we wrześniowym słońcu. Widoki są niesamowite. Niektóre bloki skalne wiszą nad ścieżką, jakby zaraz miały spaść na głowę przechodzącym turystom. Inne tworzą fantastyczne kształty, równie (lub nawet bardziej) fantastycznie nazwane. Gdzie oni tu widzieli dzban, a tam głowę? Ale żółw jest, jak malowany.

Później, już na kwaterze, sącząc lokalne piwo, oglądamy zdjęcia naszego gospodarza na kuchennych ścianach. Czarne-białe fotki zawieszonego nad przepaścią młodego mężczyzny. Od razu widać, że te skały to jego życie, młodość i najpiękniejsze wspomnienia…