Rumuńskie wspomnienia – Bukareszt

Od dzisiaj na Na Wschód zaczynam serię wspomnieniową dotyczącą naszej wyprawy do Rumunii. Na pierwszy ogień idzie oczywiście Bukareszt, tam bowiem nasza podróż się zaczęła i skończyła. Jeśli ktoś ma ochotę porównać wersję wyobrażoną tego miejsca z tym, z czym w rzeczywistości się zetknęliśmy, zachęcam do rzucenia okiem na pierwszy odcinek Rumunii planowanej i wyobrażanej. Za ewentualną zbieżność, czy też rozbieżność między oczekiwaniami a rzeczywistością Na Wschód nie odpowiada.

Pierwszy nasz kontakt z Bukaresztem (dzięki uprzejmości Simony) ograniczony był samochodową szybą i trasą z lotniska do centrum przez ogromne korki. I to jest pierwsza rzecz, która każdemu turyście z pewnością od razu rzuci się w oczy. W stolicy Rumunii odnosi się wrażenie, że każdy obywatel ma dwa samochody i jeździ nimi jednocześnie. Zresztą, to co przeciętny Polak rozumie pod określeniem „jazda samochodem” jest bardzo dalekie od rzeczywistości rumuńskich dróg i ulic. Pojazdy zaparkowane gdzie bądź i byle jak, szerokie drogi, na których zapomniano wydzielić pasów ruchu, szybkość, zamieszanie, bałagan to bukaresztańska codzienność. A skoro już jesteśmy w temacie drogowym, warto wspomnieć o taksówkach. W Bukareszcie są one dość tanie i w obliczu bałaganu jaki panuje w temacie dworców autobusowych i nieogarnialności samego miasta, warto się czasami skusić. Najbezpieczniejszą metodą wydaje się ta, z której sami korzystaliśmy, czyli poproszenie pracowników hostelu o wezwanie taksówki. W ten sposób mamy gwarancję, że niepotrzebnie nie przepłacimy.

W Bukareszcie trudno jest znaleźć tanią kwaterę, dlatego dla wielu jedynym wyjściem pozostają hostele. Ten, który nam przypadł w udziale, był w miarę niedrogi (35 euro za pokój dwuosobowy) i zlokalizowany blisko starej części miasta. Na plus zdecydowanie można ocenić personel. Bardzo sympatyczni, pomocni ludzie, których można było zapytać i poprosić niemal o wszystko. Poza tym niestety ocena hostelu wypada dość średnio. Mam tu na myśli wygląd, czystość i wszystko inne, co wiąże się z pojęciem kwatery. Zdecydowanie natomiast kiepsko należy ocenić bezpośrednie sąsiedztwo naszego pokoju. Był on umieszczony na piętrze, gdzie wdrapywać się trzeba było stromymi schodami. Domyślaliśmy się, że piętro owo dopiero niedawno zostało przez hostel przejęte, gdyż naprzeciwko mieszkała starsza pani, która z pewnością nie była klientem tego przybytku. Ta właśnie osoba, nazwana przez nasz roboczo „jędzą” (a było to jedno z delikatniejszych określeń, jakimi ją opisywaliśmy), miała dość niecodzienne zwyczaje. Otóż kilkakrotnie wydzierała na nas ryja (niestety, żadne delikatniejsze określenie nie oddaje w pełni „grozy” sytuacji) w swoim ojczystym języku, którego oczywiście nie rozumieliśmy. W związku z tym trudno było nam się domyślić, co jest powodem jej rozjuszenia, zwłaszcza że nic strasznego nie robiliśmy. Teraz cała sytuacja wydaje nam się śmieszna, ale wtedy byliśmy mocno tym wszystkim zirytowani. Aby zamknąć ostatecznie temat kwatery, dodam tylko że nazywała się Midland Youth Hostel 2.

Podobno w przypadku ludzi, o tym czy daną osobę polubimy czy nie, decyduje pierwsze 30 sekund. Gdyby z miastami było tak samo, Bukareszt miałby fanów jedynie w Światowym Związku Masochistów, o ile takowy istnieje. Nasze pierwsze kroki po jednej z głównych ulic miasta (tu zwanych dla odmiany bulwarami) były jednym z najmniej przyjemnych przeżyć podczas całego pobytu w Rumunii. Bulevardul Nicolae Bălcescu pełen jest pędzących samochodów i dziwnych ludzi. Przez pierwszych kilka minut czuliśmy się wręcz jak poruszające się okazy muzealne, bowiem przechodnie przyglądali się nam z mieszaniną ciekawości i wyższości. (Tu od razu należy nadmienić, że gapienie się nie jest w Rumunii niczym dziwnym, jest szeroko praktykowane i chyba nie jest uważane za specjalnie niegrzeczne.) Dochodził do tego niezbyt przyjemny widok okolicznych zabudowań, na który składały się głównie bloko-kamienice z czasów Ceauşescu, (które zresztą są nieodłączną częścią miejskiej architektury), brud, a momentami także nieprzyjemny zapach. Krótko mówiąc, jeśli ktoś wybiera się do Bukaresztu w nadziei, że miasto to od razu go urzeknie, lepiej niech zostanie w domu.

Tak jak nie można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Bukareszt jest miastem ładnym, tak nie można po prostu stwierdzić, że jest brzydki. Bardziej urokliwą stronę miasta odkryliśmy nieco później, kiedy opuściliśmy główną ulicę a także podczas ostatniego dnia naszego pobytu w Rumunii, gdy zawitaliśmy tu ponownie. Przede wszystkim zdecydowanie lepszym miejscem na spacer jest ulica równoległa do bulwaru Bălcescu czyli Calea Victoriei. Zabudowa jest dużo przyjemniejsza a w niewielkim pobliżu znajdują się ogródki piwne. Co nie znaczy, że znajdziemy tu klimat architektoniczny podobny do innych stolic tak nowej, jak i starej Europy. Bukareszt jest miejscem, które wyjątkowo wiele wycierpiało podczas rządów Nicolae Ceauşescu. Jako reprezentacyjne miasto komunistycznego reżimu poddawany był kaleczącym eksperymentom, których efekty widać do dzisiaj. Obrzydliwe komunistyczne bloki zasłaniają wiele wartościowych historycznych obiektów, te drugie zaś często wciąż są mocno zaniedbane. Przez miasto, na rozkaz wodza, sztucznie poprowadzona została rzeka a olbrzymią część dawnej Starówki po prostu zrównano z ziemią. Swoistym symbolem nieograniczonej i destrukcyjnej władzy „Geniusza Karpat” było przesunięcie jednej ze świątyń o 14 metrów ponieważ „zasłaniała widok”. I tak chyba należy traktować to miasto. Bardziej jako wielką lekcję historii niż urokliwe miejsce do beztroskich spacerów.

W Bukareszcie niemal nie sposób zrobić zdjęcia ładnego budynku, żeby w tle nie straszył jakiś „potworek”. W którymś momencie człowiek przestaje wręcz szukać rzeczy ładnych i zamienia się w skrupulatnego reportera, którego celem jest bardziej pokazanie prawdy niż piękna. Prawdziwy Bukareszt z naszego, mocno subiektywnego, punktu widzenia, poniżej:

  • Ewa Serwicka

    A mnie się podoba Bukareszt z Twoich zdjęć! Może nie jest to klasyczne piękno, a tym bardziej nie słodka, cukierkowa rekonstrukcja kamieniczek i kościółków, ale mimo swojej surowości ma swój urok. Monumentalny Pałac Ludu musi w rzeczywistości robić niesamowite wrażenie. Pozdrawiam 🙂

    • admin

      Zdecydowanie nie jest to klasyczne piękno. Choć podobno dawniej Bukareszt nazywany był „Paryżem Wschodu”, więc coś pięknego wciąż się tam czai…

      Pozdrawiam!

  • Krzysiek

    W odpowiedzi na wpis na naszym blogu (niestety dopiero teraz znalazła się chwilka) stwierdzam, że mogę się podpisać pod każdym słowem z tego artykułu 🙂 Nasz przesadzony tytuł miał być oczywiście prowokacyjny, wszystkich europejskich stolic jeszcze długo nie zobaczymy – ale zakochać nam się nie udało w Bukareszcie 🙂 Jak tak patrzę sobie z perspektywy czasu na zdjęcia, na których świeci słoneczko, to miasto jakieś też sympatyczniejsze, więc jeślibyśmy wydali wyrok skazujący na infamię, to byłby pochopny. Może kiedyś, przy pięknej pogodzie, spędzę w Bukareszcie więcej niż dobę i klimat odnajdę – póki co mogę mile wspominać Sybin, Konstancę, Kluż, to i owo. Serdecznie pozdrawiam i gratuluję arcyciekawych wpisów, parę razy już tu zajrzałem, na dłuższą lekturę czasu nie znalazłem, ale mam nadzieję, że to nadrobię 🙂

  • admin

    @Krzysiek

    Dzięki za miłe słowa. Ja też nie uważam Bukaresztu za najładniejsze miejsce na świecie. Ale trzeba przyznać, że ma w sobie jakieś perwersyjne piękno. A przede wszystkim jest wielką lekcją historii (smutnej, ale jednak).

    Pozdrawiam!

  • Kir

    Chciałbym poradzić Panu odwiedzić Kiszyniów.Znajuduje się to miasto w Mołdawię(Republica Moldova).
    Zwłaszcza połecam obejrzeć krajobrazy w okolicach miasta.
    Mówią tam i po mołdawsku(ten że język co i rumuński) i po rosyjsku.Dziwne miasto chociaż i nieco zaniedbane…. .
    Ale generałnie – jest tam bardzo piękne.
    Jechać tam warto łatem.
    Pozdrawiam.

  • admin

    @Kir

    Dziękuję. Z wielką chęcią kiedyś bym Mołdawię i Kiszyniów odwiedził. Zwłaszcza, że to ciekawa historia, w jaki sposób kształtowała się mołdawska świadomość narodowa po odłączeniu od Rumunii. Nie wątpię, że Kiszyniów wart jest zobaczenia.

    Pozdrawiam serdecznie.

  • Kir

    Witam Pana ponownie.
    Jest tu dość interesujący aspekt o którym chciałbym trochę poweidzieć.
    Historycznie istniało, wiełkie Mołdawskie królestwo, które zawierało teren współczesnej Rumunii plus jeszcze trochę)))Dopiero po wielkim rozdziałe Mołdawię(Basarabię) między Rosijską a Austro-Węgierską imperium, w 1859 powstała Rumunia.Ta część co pozostała w strefe wpływu Rosji była wtedy mianowana Basarabię.Faktycznie ten stan rzeczy istnieje i dziś.
    Pozdrawiam serdecznie.

  • Bukareszt jest… piękny. Te kable, rozpadające się rudery obok wieżowców, stare Dacie obok Maybachów, pitzipoance obok Cyganek, Gara Nord… Dalej Sektor 2, Sektor 4, Pantelimon, Berceni… Moara Lu’Bucur… Metal i manele. Metro. Skansen. Parki… Byłem, widziałem, imprezowałem też ze znajomymi Cyganami. To było prawdziwe i niezapomniane. Uwielbiam Bukareszt. Zdecydowanie bardziej niż Londyn.

    • nawschod

      No co by nie gadać, ma coś w sobie 🙂 Ja byłem zbyt krótko, żeby poczuć prawdziwego ducha miasta, ale coś tam się z całą pewnością frapującego czai…

  • Adam

    Bukareszt jest faktycznie bardzo specyficznym miejscem, ale posiada chyba najpiękniejsze parki w europie, jest tu masa bardzo zadbanych parków z alejkami, ławeczkami, miejscami gdzie można popływać łódką lub stateczkiem. Teraz wiosną te miejsca są szczególnie piękne