Rumuńskie małe palce

Czas najwyższy wrócić czytelniczo do czasów naszych rumuńskich wakacji i pochylić się nad książką „Małe palce” Filipa Floriana. Była to lektura, która towarzyszyła mi przez większość naszego pobytu w Rumunii. Czytałem ją w pędzących po kiepskich drogach minibusach, w górzystym Brasovie i w Delcie Dunaju. Największą jednak jej część przetrawiłem na plaży i to właśnie z tym, jakże miłym czasem, książka najbardziej mi się kojarzy.

Zdaję sobie sprawę, że po raz kolejny popełniam ten sam błąd. Zamiast chwytać za przysłowiowe pióro od razu, kiedy emocje i pamięć lektury są jeszcze świeże, pozwalam im blednąć. Minął dokładnie miesiąc od naszego powrotu z wakacji i książka Floriana zdążyła już częściowo zatrzeć się w mojej ułomnej pamięci.

Na szczęście nie jest moją intencją przywoływanie fabuły, która zresztą w „Małych palcach” nie wydaje się najważniejsza. W ten sposób moje zaniedbanie można łatwo ukryć za płaszczykiem emocji i przemyśleń bardziej ogólnej natury, które książka we mnie wzbudziła. (Tutaj należy się potencjalnemu czytelnikowi wyjaśnienie. Moje podejście do literatury akceptuje przewagę formy nad treścią. W skrajnym wypadku jestem w stanie zaakceptować nawet kompletny brak fabuły, jeśli rzecz opisana jest odpowiednio przemawiającym do mnie językiem. Na to oczywiście osoba czytająca recenzję musi wziąć poprawkę.)

„Małe palce” są swoistą spiralą ludzkich losów wokół głównego tematu, jakim jest odkrycie masowego grobu w jednym z rumuńskich miast. (Nie pamiętam już dlaczego, ale istnieje w mojej głowie silne przekonanie, że miejscowość ta leży na terenie Dobrudży.) Są tu historie mniej i bardziej istotne, opisane w różnym stopniu szczegółowości. Łączy je swoista odmiana realizmu magicznego, podobna nieco do tej, z którą zetknąłem się w „Marakeszu”. Jest też oczywiście wątek miłosny. Są rzucone tu i ówdzie skrawki rumuńskiej rzeczywistości, a także (o dziwo) rzeczywistości argentyńskiej.

Z pewnością nie jest to jednak pozycja pod względem formy wybitna, czy choćby wybijająca się mocniej ponad przeciętność. Przyznam wręcz, że przez większość czasu mojej lekturze towarzyszyło pewne znużenie. Tu i ówdzie przerywane na krócej lub dłużej, ale jednak. Nie jest to ten typ książkowego klimatu, który z łatwością uwodzi czytelnika, każąc mu bytować w innym, nieznanym świecie.

Dość paradoksalnie książka, w której fabuła zdaje się być sprawą drugorzędną, podnosi swoją wartość w końcówce, za sprawą rozwiązania fabularnego. Nie chciałbym opisywać zakończenia, dlatego ocenę tegoż pozostawiam czytelniom, którzy skuszą się na „Małe palce”.