Paluse (Połusze)

Pociągi nie są najlepszym sposobem podróżowania po Litwie (mieliśmy się o tym przekonać dość dotkliwie dwa dni później), jednak spory odcinek drogi z Troków do Paluse przebyliśmy właśnie w ten sposób. Za oknami lał deszcz (żadne inne słowo w rodzaju „siąpił” czy nawet „padał” nie jest tu odpowiednie), co niekoniecznie bardzo nas cieszyło, choć z drugiej strony nie było w stanie nas zmartwić.

Na jednym z dalszych siedzeń jakiś koleś czytał anglojęzyczną gazetę (zdaje się, że to był Times), a my patrzyliśmy na to z lekką zazdrością. To już kolejny dzień, kiedy byliśmy niemal całkowicie odcięci od informacji tak z Polski jak i ze świata.

Kiedy dojechaliśmy do Ignaliny (miasto w pobliżu Paluse, dysponujące połączeniem kolejowym ze stolicą), nic nie zapowiadało końca ulewy. Chroniąc się przed nią pod jakimś daszkiem natknęliśmy się na „człowieka z Times’em”. Okazało się, że jest Niemcem i wraz ze swoją dziewczyną (też Niemką, gdyby były jakieś wątpliwości) wybrał się w podróż po Litwie. Wspólnie przedostaliśmy się w strugach deszczu na oddalony o kilkadziesiąt metrów dworzec autobusowy, aby ostatecznie załadować się do taksówki. Kierowca rozumiał po polsku i nawet trochę mówił, nie było więc kłopotów z porozumiem się odnośnie celu naszej podróży. Z taksówki wysiedliśmy tuż obok drewnianego kościółka, stojącego na pokrytym trawą wzgórzu, który był właściwie jedynym powodem, dla którego zawitaliśmy do Paluse. Za ścianą wody budynek nie prezentował się, co prawda, tak pięknie jak na zdjęciu, które widzieliśmy w Internecie, ale i tak był wyjątkowo urodziwy.

Nie mogę napisać, że kwaterę w wiosce znaleźliśmy bez kłopotów. Wynikały one jednak głównie z problemów językowych i nie były aż tak duże, by przywiązywać do nich jakąś szczególną wagę. W każdym razie już jakąś godzinę później siedzieliśmy w pokoju numer siedem (zdaje się), częściowo rozpakowani i gotowi do właściwego rozpoczęcia pobytu w Paluse. Założenie było następujące: jeśli pogoda zmieni się na lepsze, wychodzimy w teren, przyjrzeć się kościołowi i pospacerować po lesie. Gdyby deszcz miał nie ustać, na co się zapowiadało, zostajemy w pokoju i robimy sobie „dzień książkowy”. Zabrzmi to magicznie i mało prawdopodobnie, ale w momencie, kiedy nadszedł czas podjęcia decyzji, ulewa zelżała, a po chwili przez chmury zaczęło przebijać się słońce. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak zrealizować opcję numer jeden.

Wybraliśmy się zatem przyjrzeć się bliżej kościołowi. Podobno jest to najstarsza drewniana budowla sakralna na Litwie. Otacza ją wysoki (również drewniany) płot, za którym na niewielkich rozmiarów placyku, znajdują się kapliczki oraz kilka grobów. Domyślaliśmy się, że są to miejsca pochówku jakiś ważnych dla tutejszej społeczności postaci historycznych. Mały cmentarzyk znajduje się również na tyłach kościoła. Sam budynek niestety był zamknięty, także nie dane nam było zobaczyć go od środka. Zwieńczeniem całego kompleksu (jeśli mogę użyć tego, niekoniecznie tu pasującego, słowa) jest stojący przed ogrodzeniem, bogato zdobiony krzyż.

Ponieważ w samym Paluse, poza kościołem, nie ma szczególnie wiele do oglądania, postanowiliśmy udać się na spacer po okolicy. A ta jest szczególnie urokliwa, bowiem wioska położona jest w Auksztockim Parku Narodowym. Ze szczytu „kościelnego” wzgórza rozpościera się widok na jezioro, które w najbardziej wysuniętym punkcie dzieli od drogi zaledwie kilkanaście metrów. Z drugiej strony wioski piaszczysta droga prowadzi do lasu, który porasta również brzegi jeziora.

Pokręciliśmy się jeszcze jakiś czas w okolicy wzgórza, po czym udaliśmy się nad jezioro. Obeszliśmy jego najbardziej wysunięty cypel i podążyliśmy dróżką prowadzącą do lasu. Na mokry wciąż mech i trawę padały promienie słońca, którym udało się przebić przez korony drzew. Powietrze było świeże i czyste, a w nasłonecznionych miejscach dodatkowo dość ciepłe. Leśna ścieżka to przybliżała to oddalała się od jeziora, którego spokojna tafla co jakiś czas prześwitywała między pniami drzew. Trudno byłoby chyba wyobrazić sobie bardziej relaksującą a jednocześnie ładującą pozytywną energią aktywność niż spacer po lesie w takich okolicznościach przyrody.

A te były dla nas tego dnia wyjątkowo sprzyjające. Zaraz po powrocie do ośrodka (a konkretnie w momencie, kiedy zaczęliśmy ściągać buty) znowu się rozpadało. Na szczęście był to już ostatni deszcz podczas naszego pobytu na Litwie, od tego dnia miało nam już codziennie towarzyszyć słońce i przyjemnie ciepłe, wrześniowe powietrze.

Resztę dnia spędziliśmy wykorzystując quasi-domowe warunki, jakie oferował na ośrodek, czyli w miarę normalną kuchnię, całkiem normalny stół i inne tego rodzaju atrakcje. Zrobiliśmy sobie porządny obiad, wzięliśmy kąpiel a wieczorem zasiedliśmy do degustacji różnych rodzajów litewskich piw, co jest przecież nieodłącznym elementem poznawania kultury każdego kraju. W tej ostatniej czynności dopomogli spotkani wcześniej Niemcy, którzy wieczorem przyszli złożyć nam wizytę.

Zdjęcia z Paluse, jak i z innych miejsc, które odwiedziliśmy na Litwie, możesz znaleźć w fotorelacji z Litwy.