Palanga (Połąga)

Powodów, dla których wybraliśmy akurat wizytę w Palandze (jak już udało mi się wspomnieć) było kilka. Słońce, szum fal, pokusa leżenia na plaży, odległość, a także fakt, że spod naszego hostelu co chwila w tamtym kierunku odjeżdżały kolejne marszruty. Tak więc po półtorej doby spędzonej w Kłajpedzie, następnego dnia rano zarzuciliśmy na plecy nasz tymczasowy dobytek i wyruszyliśmy na pobliski dworzec autobusowy.

Słowo „pobliski” jest tutaj jak najbardziej adekwatne, bowiem oba miejsca dzieliło może kilkadziesiąt metrów. O dworcu jednak, poza tym że był niedaleko, więcej nic dobrego powiedzieć się nie dało. Brudny, szary budynek, pod którym wystawali równie brudni (a może nawet brudniejsi), równie szarzy i z pewnością dużo bardziej agresywni osobnicy w gustownych dresach.

Bez żalu opuściliśmy Kłajpedę siedząc w wygodnym busiku i już po jakiś 20 minutach zajechaliśmy do Palangi. To było jedyne miejsce na Litwie, gdzie to nie my znaleźliśmy kwaterę, ale ona nas. Jeszcze nie zdążyliśmy narzucić na siebie plecaków, gdy zostaliśmy otoczeni przez trzy kobiety oferujące pokoje. Wybraliśmy najtańszą (kwaterę, nie kobietę) i już po chwili maszerowaliśmy główną ulicą miasta w jej kierunku. To było zdecydowanie najlepsze miejsce w jakim udało nam się zatrzymać podczas naszej podróży. Pokój w domku jednorodzinnym z wygodnym dostępem do kuchni i łazienki, dużym łóżkiem i jeszcze większym balkonem, na którym stał biały, plastikowy stół i takież krzesła. Zważywszy na okoliczności pogodowe, warunki były idealne.

Nie namyślając się wiele, po wstępnym rozpakowaniu się i ograniczonych do minimum przygotowaniach, ruszyliśmy nad morze. Warto tutaj wspomnieć, że wstaliśmy tego dnia dość wcześnie, a że nie napotkaliśmy żadnych problemów z transportem i szukaniem dachu nad głową, mieliśmy w perspektywie długi dzień na plaży. Ale zanim tam dotarliśmy, przespacerowaliśmy się po raz kolejny kawałek główną ulicą Palangi oraz prowadzącym bezpośrednio nad morze deptakiem. Ponieważ było już po sezonie, nie przeszkadzały nam tłumy turystów, atmosfera była spokojna i iście wczasowa. Wzdłuż deptaka aż roiło się od urokliwych (i czasem dość drogich) kawiarenek i knajpek. Na jego końcu, tuż przed wejściem na molo, stały rzędy ławek, na których (głównie starsi) wczasowicze, niemal całymi dniami, wygrzewali się zwróceni twarzami do słońca. Przyznam, że trochę nas to irytowało, bo przecież my (choć młodzi) też mamy czasem ochotę zasiąść na ławce, a tu miejsca brak.

Na plaży za to miejsca było dużo, postanowiliśmy więc jak najszybciej się wykomfortować. Rozłożyliśmy ręczniki na ciepłym piasku w miejscu możliwie schowanym przed wzrokiem innych plażowiczów (których nie było wielu, ale zawsze) i wystawieni na słońce oddawaliśmy się lekturze. To właśnie na plaży w Palandze skończyłem książkę, która męczyła mnie przez cały wyjazd. Była naprawdę fatalna, i tylko faktowi, że napisano ją po angielsku może zawdzięczać (o ile książki są zdolne do takich odczuć), że doczytałem ją końca. Nie oparłem się również pokusie kąpieli w morzu. Woda nie była jakaś strasznie zimna, zwłaszcza jak na wrzesień, a pływanie połączone z morskim powietrzem i słońcem dawało dużo pozytywnej energii.

Cała Palanga jest miejscem przepełnionym zielenią, główna ulicę gęsto porastają drzewa. Sprawia to bardzo przyjemne wrażenie i nadaje miejscu specyficzny, spokojny, klimat. W samym mieście udało nam się zobaczyć tylko park, w którym mieści się Pałac Tyszkiewiczów gdzie z kolei zlokalizowane jest Muzeum Bursztynu. Nasza wyprawa w te miejsca skończyła się jednak dość szybko. Wizja zbliżającego wieczora i zachodzącego słońca wygoniła nas na plażę, gdzie po raz kolejny pływałem w Bałtyku. Woda wydawała się cieplejsza niż za dnia, a morze było spokojne niczym jezioro.

Wszystkie te miłe chwile w Palandze dopełniliśmy wieczorami spędzanymi na balkonie z butelką Vermouth’a. Było ciepło, mieliśmy same przyjemne myśli z wyjątkiem jednej: nasza podróż zbliżała się ku końcowi.

Zdjęcia z Palangi, jak i z innych miejsc, które odwiedziliśmy na Litwie, możesz znaleźć w fotorelacji z Litwy.