Kłajpeda

Dostać się do Kłajpedy z Poniewieża nie jest łatwo. Odnoszę zresztą wrażenie, że szczególnie wydostanie się z tej ostatniej miejscowości to dość trudne zadanie. Ponieważ na sprawdzenie pociągów dnia poprzedniego nie starczyło już sił i ochoty, na dworzec kolejowy wybraliśmy się „w ciemno”. Liczyliśmy, że połączenie między piątym a trzecim pod względem wielkości miastem na Litwie jest dobrze zorganizowane. Okazało się, że niekoniecznie.

Pociąg do Kłajpedy jechał tylko jeden w ciągu dnia, o dość dziwnej porze, a rozkład jazdy miał się nijak do faktycznych godzin odjazdów. Na domiar złego, kiedy wróciliśmy na dworzec autobusowy, ostatni tego dnia bus do Kłajpedy od pięciu minut był w drodze. Trochę zrezygnowani i zirytowani (choć oczywiście bez przesady) postanowiliśmy ruszyć w kierunku morza czym się nadarzy. Wsiedliśmy w autobus do miejscowości, której nazwy nawet nie pamiętam, ale miała tą zaletę, że zbliżała nas do ostatecznego celu naszej podróży.

Transportowy pech zdał się wyczerpać całe swoje możliwości rano, bo od tego momentu wszystko ładnie się ułożyło. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Szawle (wybierając trasę nawet nie wiedzieliśmy, że będziemy tamtędy przejeżdżać), gdzie komunikacja jest dużo lepiej zorganizowana. Szybko znaleźliśmy autobus do Kłajpedy i jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem byliśmy na miejscu. Po niewielkich perturbacjach udało nam się znaleźć przyjemny pokój w hostelu. Szybko się urządziliśmy i ruszyliśmy na miasto, choć zapadał już zmrok. Muszę przyznać, że Kłajpeda od początku niezbyt nam się spodobała. Poza główną ulicą, dobrze oświetloną i ruchliwą, miasto sprawia niezbyt przyjemne wrażenie. Boczne uliczki są mroczne i wydają się mało bezpieczne.

Zresztą od Poniewieża nasz zapał do zwiedzania miast (czy to z powodu wciąż polepszającej się pogody, czy też pewnego przesycenia) znalazł się na równi pochyłej. Ciągnęło nas do natury, nad morze, na plażę (taka wizja, a nie chęć zobaczenia zabytków, przywiodła nas tutaj). Dlatego chyba pierwszy dzień w Kłajpedzie był takim rozczarowaniem. Wychodząc z hostelu od razu skierowaliśmy się nad morze. Jednak zamiast piaszczystej (czy jakiejkolwiek innej) plaży, znaleźliśmy ciąg zabudowań portowych, dźwigów, magazynów, zza których można było co najwyżej dopatrzyć się wody w brudnym kanale. To zabiło w nas ostatecznie chęć zwiedzania miasta, zwłaszcza że podczas pierwszego spaceru nie natknęliśmy się na nic szczególnie godnego uwagi.

Kolejny dzień wynagrodził nam nieco początkowe rozczarowania. Zgodnie z sugestią poznanych w Paluse niemieckich turystów, przeprawiliśmy się na Mierzeję Kurońską. Prom zostawił za sobą portowe dźwigi zbliżając nas do kuszącego pasa zieleni na horyzoncie. Po wylądowaniu zrobiliśmy sobie spacer wzdłuż mierzei, długą asfaltową drogą, obserwując to, od czego udało nam się uciec, czyli portowe nadbrzeże Kłajpedy. Słońce świeciło fantastycznie, ludzi napotykaliśmy z rzadka, a wokół szumiał wiatr. To już było zdecydowanie bliższe naszym planom i wyobrażeniom dotyczącym pobytu nad litewskim morzem. Po drodze skręciliśmy nieco w bok od głównej trasy skuszeni widokiem drewnianego domku z pokrytym strzechą dachem. Okazało się, że obok stoją inne budynki, składające się na rekonstrukcję rybackiej wioski z początku XIX wieku. Moja wyobraźnia jest szczególnie podatna na takie atrakcje, od razu zaczyna uruchamiać wizję mieszkańców, ich codziennego życia, połowów, zapachów wędzonych ryb i sieci. W związku z tym zatrzymaliśmy się w skansenie na dłużej, zaglądając do wnętrza chat przez przybrudzone okna.

Koniec mierzei uraczył nas niezbyt urokliwym budynkiem delfinarium, które w dodatku było zamknięte. Wobec tego postanowiliśmy przebić się przez las na drugą stronę półwyspu nad otwarte morze. I wtedy właśnie znaleźliśmy to, czego od początku szukaliśmy. Im dalej zagłębialiśmy się między drzewa, tym więcej było iglaków a gleba stawała się coraz bardziej piaszczysta. W końcu wkroczyliśmy na wydmy, które wznosiły się delikatnie ku górze, roślinność stała się rzadsza i mniej okazała, za wyjątkiem turzyc i traw, które zwiastowały bliskość słonej wody. W pewnym momencie usłyszeliśmy szum fal i poczuliśmy wyraźną morską bryzę. Jeszcze jedna wydma i oto spoglądaliśmy z góry na piaszczystą, skąpaną w słońcu plaże. Nietrudno się domyślić, że następne godziny spędziliśmy spacerując, mocząc nogi w zimnej wodzie i przesiadując na ciepłym piasku.

Po kilkugodzinnym plażowaniu nasz (i tak już nikły) zapał do zwiedzania miasta zgasł zupełnie. Wieczorem z przewodnikiem i puszką piwa w dłoniach zaczęliśmy zastanawiać się nad kolejnym punktem naszej podróży. Docelowo chcieliśmy dostać się do Kowna, ale jednocześnie opuścić jak najszybciej Kłajpedę, co dawało nam dwa (czy nawet trzy) dni czasu. Z różnych względów nasz wybór padł na oddaloną o 20 kilometrów Palangę.

Zdjęcia z Kłajpedy, jak i z innych miejsc, które odwiedziliśmy na Litwie, możesz znaleźć w fotorelacji z Litwy.