Gość Na Wschód: Ewa Serwicka – Złoto, monumentalizm i Dniepr

Moje pierwsze spotkanie ze wschodem Europy miało miejsce całkiem niedawno i całkiem przypadkowo. Na początku czerwca dowiedziałam się, że mam wolny długi weekend. „Jedźmy do Kijowa”, zaproponowała koleżanka. I pojechałyśmy. Pociągiem. Ktokolwiek ze znajomych usłyszał „pociąg na Ukrainę”, otwierał oczy ze zdziwienia, a następnie zaczynał roztaczać wizje szeregu niebezpieczeństw czyhających w takim środku transportu na dwie młode, niewinne osoby. Uważać na przemytników, uważać na celników, uważać na złodziei, uważać na towarzyszy podróży. Strach się bać. „Nie może być tak źle”, pomyślałyśmy. I okazało się, że miałyśmy rację. Podróż pociągiem do Kijowa jest bezpieczna i wygodna. I – przyznaję, że to mnie trochę zaskoczyło – na stację w Kijowie wjechaliśmy idealnie punktualnie!

Jakbym miała opisać Kijów w dwóch słowach, to powiedziałabym „złoto i monumentalizm”. No dobrze, wyszły trzy, ale powiedzmy, że „i” się nie liczy. Rozwijając pierwszą część – Kijów pełen jest przebogato zdobionych, uroczych cerkwi krytych złotymi kopułami. Złoto połyskuje w promieniach słońca. Kapie z dachów. Rozlewa się po zakamarkach. Tak jak w Ławrze Kijowsko-Peczerskiej, prawosławnym zespole klasztornym słynącym z zakonserwowanych ciał mnichów znajdujących się w pieczarach wydrążonych przez pierwszych zakonników, gdzie na, nazwijmy to zapleczu, stało na ziemi kilkanaście takich złotych kopuł. Mogę się jedynie domyślać, że były zdjęte do renowacji. Złote kopuły bardziej warto jednak oglądać z góry. Dwie najciekawsze cerkwie można podziwiać z wież dzwonniczych stojących obok: zielono-złoty Sobór Sofijski i niebiesko-złoty Monastyr św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach. Ale nie wszystko złoto, co się złotem nazywa. Złote Wrota w Kijowie są zrobione z drewna i cegieł. Tak dla odmiany.

A monumentalizm? Otóż te wszystkie urocze cerkwie wciśnięte są między monumentalne budowle rodem z socrealizmu. Weźmy taki Chreszczatyk, główną arterię komunikacyjną Kijowa, gdzie wzdłuż całej ulicy stoją ogromne, ciężkie, potężne budowle. Co ciekawe, mimo całej swojej ciężkości, nie przytłaczają. Może dlatego, że Chreszczatyk to szeroka ulica? Albo Matka Narodów. Nasz gospodarz uprzedzał nas, że idąc z Ławry na południe przejdziemy przez park i zobaczymy dużą rzeźbę kobiety z rękoma do góry. Ale takiego czegoś się nie spodziewałyśmy. Matka wyrosła jak spod ziemi demonstrując swoją tytanową dominację nad okolicą. Dodajmy do tego pieśni patriotyczne dochodzące z głośników poustawianych na całym terenie wokół statuy, czołgi i samoloty stojące dookoła i socrealistyczne rzeźby robotników nieopodal, i zaczynamy się czuć jak w trochę innej bajce.

Złoto i monumentalizm mieszają się też na Majdanie Niepodległości. Tu wprawdzie nie stoi żadna cerkiew ze złotymi kopułami, ale złotem oblany jest pomnik słowiańskiego bóstwa Berehyni, górujący nad całym placem. I on też jest monumentalny. Ale Majdan zaskoczył mnie trochę z innych względów. Myślę, że po telewizyjnych relacjach z pomarańczowej rewolucji miałam wizję Majdanu jako wielkiego, pustego betonowego placu, odgrywającego latem rolę przerośniętej patelni. A tu okazało się, że jest to bardzo przyjemne miejsce, pełne skwerków z zielenią, ławeczek i – co najważniejsze – fontann. Fontanny te oferują natychmiastowe schłodzenie stóp wędrowców albo też ekspresowe zmoczenie całych ciał najczęściej młodych dziewcząt, które z piskiem wskakują do wody. Sama radość!

Ukraińcy, których spotkałyśmy na naszej drodze w Kijowie byli niesamowicie sympatyczni. Na przykład Dima, nasz gospodarz, który opowiedział nam ze szczegółami, gdzie warto iść i co zobaczyć, a w sobotę sam został naszym przewodnikiem. A wieczorem w czwartek zabrał nas na spacer nad Dniepr. Tutaj spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Taki nocny spacer promenadą nad rzeką okazał się normalną, bezpieczną przechadzką. Na tyle normalną, że dwa dni później postanowiłyśmy spędzić wieczór nie tylko przechadzając się nad Dnieprem, ale dokładnie tak, jak robili to tamtejsi młodzi ludzie. Czyli z butelką szampana. To znaczy Ukrainskoje Igristoje. Jako suplement wybrałyśmy truskawki. To był naprawdę przyjemny wieczór.

A jak by tak połączyć i złoto, i monumentalizm, i Dniepr? Nic prostszego! W tym celu zawędrowałyśmy na drugą stronę rzeki mostem pieszym, który wyglądał, jakby pamiętał czasy dinozaurów i spędziłyśmy miło czas relaksując się na naddnieprzańskiej plaży. Stamtąd miałyśmy elegancki widok na brunatną rzekę, szarą tęczę i seledynowo-złotą Cerkiew św. Andrzeja. Szara tęcza to tak naprawdę zrobiony z tytanu Pomnik Przyjaźni Narodów (ukraińskiego i rosyjskiego) w kształcie łuku. Też monumentalny. A pod łukiem stoją dwie rzeźby: dwóch panów symbolizujących właśnie tę przyjaźń i drugi, upamiętniający ugodę perejasławską. A niedawno dostawiono trzeci pomn… znaczy się telebim, na którym wyświetlane są mecze piłki nożnej. Pasuje idealnie.

Taki waśnie jest Kijów. Zaskakujący. Mieszający pojęcia i epoki. Zapraszający do stołu i podający koktajl różnych stylów w kieliszku do wina musującego. Częstujący słodkościami kniazia Jarosława Mądrego, przez kijowian nazywanego Wujkiem z Ciastem (faktycznie, tak został wyrzeźbiony, jakby niósł na tacy wykwintny tort). Otwarty i przyjazny. Monumentalny. Pozytywny. I zdecydowanie zapraszający do odwiedzenia ponownie.

Fascynuje mnie świat, odkrywanie jego pięknych zakamarków, poznawanie ludzi i kultur. Więcej o wyprawie do Kijowa i o innych podróżach na blogu Daleko-Niedaleko.
  • Korwin

    Złote kopułki i socrealizm – czyli jednym słowem – kijowski „barok” ?