Dacia Romana

Noc była spokojna i cicha, jedynie gdzieś w oddali roznosiło się po górach echo wilczych nawoływań. Zupełnie jakby przyroda równiaż zastygła w oczekiwaniu na śmierć. Młody legionista podniósł się ze swojego miejsca i dorzucił drew do dogasającego ogniska. Krąg światła rozszerzył się obejmując brodatych mężczyzn siedzących w nienaturalnych pozycjach ze związanymi z tyłu rękoma. Dwóch z nich prowadziło cichą rozmowę w języku, którego Rzymianin nie rozumiał.

– Nie dbam o Twoje sny, Durasie! Nie jesteś kapłanem, tylko dackim wojownikiem – Starszy z nich patrzył prosto przed siebie, w ognisko, a słowa wymawiał niemal nie otwierając ust. Wyglądał na człowieka pogodzonego ze swoim losem. Z jego ogorzałej i naznaczonej kilkoma bliznami twarzy emanował spokój.
– Śniło mi się, że Rzymianie polowali na świętego tura. Odłączyli go od stada i osaczyli. Już mieli go zabić, kiedy ten sam rzucił się z urwiska kończąc swoje cierpienia. Zgodzisz się pewnie, że to nienajlepsza wróżba – Młodszy z Daków, bardziej chłopiec niż mężczyzna, nie podzielał spokoju starszego towarzysza – Zresztą wojownikami długo już nie pobędziemy. Jutro wbiją nas na pal, albo ukrzyżują…
– Wojownikiem będziesz zawsze Durasie. Od jutra dołączysz do bożej armii Zamolxisa. Nas, Daków, charakteryzuje pogarda dla śmierci, którą zawdzięczamy pewności, że po niej nie kończy się życie, tylko zaczyna nowe… To dlatego nasi dzielni bracia tak długo stawiają opór potężnemu imperium. To już piąty rok…
Zapadła cisza. Młody wojownik nazywany Durasem przez chwilę zapatrzył się w ogień. Strzegący jeńców legionista co chwila zapadał w krótką drzemkę.
– Podobno przyszli to po złoto… – Młodzieniec wyraźnie wolał rozmawiać niż myśleć o zbliżającym się świcie.
– Nie tylko po to. Ale tego ani Ty ani ja nigdy nie zrozumiemy. Rozumie to za to aż za dobrze nasz król Decebal. Wiedział co robi kiedy kilkanaście lat temu uzgadniał pokój z Rzymem.
– Dlaczego wtedy nie walczyliśmy dalej? Przecież byliśmy tak blisko…
Starszy z wojowników uśmiechnął się lekceważąco.
– Żeby pokonać Rzym nie wystarczy wygrać jednej wielkiej bitwy. Widziałeś ich potęgę? Tu potrzeba sprytu, nie pokonasz ich w otwartej walce. Decebal o tym wiedział.
– Ale teraz legiony rzymskie stoją pod murami Sarmizegetusy. Decebal został niemal bez armii… Za kilka dni stolica się podda… Wtedy Rzymianie zdobędą całe państwo…
– Spójrz na wschód – Starszy wojownik nieznacznie kiwnął głową wskazując kierunek –  Widzisz łunę płonącej Sarmizegetusy?
– Nie. – Dopóki stolica nie zapłonie, musimy wierzyć. W króla Decebala, w przychylność najwyższego Zamolxisa i w jego kapłana Vesinę. Dla nas nie ma już ratunku, ale Dacja wciąż trwa…
Nadchodził świt.

***

Jaskinia przepełniona była duszącym dymem palonych ziół. Do uszu kucających pod ścianami mężczyzn docierał hipnotyczny dźwięk fletów. Niemal każdy uzbrojony był w tarczę i miecz, niektórzy nosili również łuki. Leżące obok stóp hełmy jednoznacznie wskazywały, że należą do wojskowych naczelników. Na ich twarzach małowało się skupienie i niepewność. Wszyscy uważnie wpatrywali się w to samo miejsce. Na środku jaskini, wewnątrz sporego koła, mężczyzna w kapłańskich szatach wił się w przedziwnym, konwulsyjnym tańcu. Trwało to już dość długo, mimo tego żaden z obecnych nawet się nie poruszył. W którymś momencie kapłan zastygł w bezruchu. Otworzył oczy i rozejrzał się dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Z jego ust wydobyło się kilka urywanych, chrapliwych dźwięków, po czym przemówił nieswoim głosem:
–  Oto najwyższy Zamolxis przemawia do Was ustami swego sługi Vesiny… Święty tur odłączył się od stada… Otoczyli go myśliwi… Wolał sam sobie zadać śmierć niż wpaść w ich ręce… Rzuca się w przepaść… Jego wrogowie odciętą głowę świętego tura poniosą do Rzymu…
Vesina zacharczał coś jeszcze niewyraźnie i padł zemdlony na ziemię. Zapadło milczenie. Przerwał je jeden z najstarszych wodzów, szepcząc słowa, które odbiły się głuchym echem od ścian jaskini.
– Decebal nie żyje…

***

Skończył się pracowity dzień w rzymskim obozie. Powoli zapadał zmierzch. Ustawione w rzędzie krzyże rzucały długie, złowrogie cienie w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Na wschodzie niebo szarzało. Zwróceni w tamtą stronę konający jeńcy obserwowali łunę płonącej twierdzy.

  • Świetny tekst, dla tych którzy nie wiedzą co to jest Dacia Roman – była to wielka prowincja w imperium Rzymskim. Warto poczytać o tym imperium.